Chciałbym wtulić twarz w końską grzywę, odetchnąć zapachem leśnych duktów, potu i trudu, namiastki zdarzeń z tamtego września, którego odbiciem jest wyprawa Wrześniowy Szlak, cóż, kiedy rzeczywistość nie pozwala. Ta szara sądowo-kancelaryjna rzeczywistość przykuwająca kajdanami spraw, upierdliwych klientów i tonami papierów.

Oszukawszy na trzy dni tę nienawistną hydrę pakuję się do samochodu z synem Rosiem i przyjacielem Mirkiem i czując grające pod maską konie mechaniczne wypuszczam się w Lubelskie. Czarna szosa ucieka spod kół, pasażerowie kimają w najlepsze, można podumać nad przeszłością i teraźniejszością. Ponad trzy tygodnie mija, jak szwadron wyładowawszy konie i sprzęt na zapomnianej bocznicy kolejowej, wyruszył śladem bojowym 3 PSK sprzed sześćdziesięciu lat dzieląc te same znoje i niewygody, oprócz (bagatela!) perspektywy śmierci albo niewoli.

 

Od Czerwonego Boru wił się niestrudzenie szlak tamtej i tej wyprawy dążąc nieubłaganie do miejsca bitwy ostatniej i najsłynniejszej – Kocka. Właśnie tam, w żyzne lubelskie ziemie przecięte pasami lasów prowadzi nas szosa. Prosto do szwadronu. Dojeżdżamy głuchą nocą. Jeźdźcy i wierzchowce śpią już utrudzeni codziennymi przemarszami, rozwijaniem i zwijaniem obozów, pokazami i paradami. Śpijcie dobrze, chłopcy! Nie będziemy was budzić.

*

Październikowy świt wstaje pochmurny. Tumany mgły ustępują z wolna wyławiając kształty budzącego się obozowiska, do którego w końcu docieramy. Zimno strasznie, ludzie pod trzema warstwami koców ściągają powoli na śniadanie. Lecz wystarczy kęs chleba z wyborną szynką, łyk kawy i wojsko gotowe już do codziennej hakówki.

Jak wszędzie, gdziekolwiek stał szwadron na szlaku, garną się autochtoni do szmaragdowo-amarantowych z żółtą żyłką proporczyków, spragnieni krzepiącego blasku wielkiej historii, szczeku szabel, świstu komend. Trzeba ten tłum okiełznać, oprowadzić, zarazić pasją i biada temu, kto by rzekł, że nasi strzelcy nie wywiązują się z powierzonego zadania! Pomagają nam mazowieckie szwoleżery, razem tworząc barwną mozaikę formacji kawaleryjskich II RP.

Szybko, za szybko jesienne słońce wędruje po niebie i ani się oglądamy, a wczesny zmierzch zastaje nas nad cytrynówką, skarbem wiezionym przez całą kampanię.

- Tylko jeden kieliszek – zastrzega dowódca – dziś w nocy apel poległych.

Lecz po apelu nie ma przeszkód, by usiąść wraz z gospodarzami małego drewnianego domku oddanego nam na kwaterę i zgodnie z maksymą in vino veritas zadzierzgnąć więzy przyjaźni. Cóż, żołnierze też ludzie i swoje przywary mają.

- To prezent dla szwadronu – gospodarz rozwija pożółkły rulon gazety. Pochylamy się, z trudem odcyfrowując wyblakłe litery składające się na relację z 1941 r. o odkrytych mogiłach w lesie katyńskim. Ironia historii w odniesieniu do miejsca w którym jesteśmy staje się bardziej wyraźna – tu ginęli od kuli w pierś, tam – w tył głowy. Nie na próżno, gdyż jak w znanym wierszu Broniewskiego:

…bo wciąż na jawie widzę i co noc mi się śni

że Ta, co nie zginęła wyrośnie z polskiej krwi…

*

Rano, niedziela. Nakupiliśmy zeszłego dnia wiktuałów, cóż, kiedy syn teraz wybrzydza.

- Pojedźmy do żołnierzy – prosi – tam jest wspaniałe śniadanko: szyneczka, serek, chlebuś…

… i wspaniała atmosfera, czego nie dodaje, ale i nie musi, bo te emocje łatwo wyczytać na dziecięcej twarzy.

W południe rozpoczynają się kockie uroczystości. Pod pomnikiem generała stoją uformowane w szyki pułki, grają trąbki. Msza św., złożenie kwiatów i… odczytanie wniosków orderowych. Dzieci, wnuki, prawnuki wypinają dumnie pierś gotową na przyjęcie odznaczeń nadanych za czyny ich przodków. Powolutku krew mnie zaczyna zalewać, bo na krześle obok, niezauważany przez oficjeli siedzi prawdziwy bohater bitwy – nasz major.

Wreszcie pod koniec długiej listy orderowych beneficjentów na trybunę wbiega zziajany burmistrz.

- Proszę Państwa – obwieszcza – jest tu z nami uczestnik walk 1939 roku, o czym nie wiedzieliśmy: Pan major Zbigniew Makowiecki!

Nareszcie! Należy się ta chwila staremu weteranowi, który po sześćdziesięciu latach wrócił do miejsca kończącego kampanię wrześniową i byt międzywojennej Polski. Chwila przedłużona o rekonstrukcję bitwy, gdzie nasz druh walczy i poddaje się z oddziałami polskimi.

- Wasz major wygląda jak płk. Epler, pamiętam go, byłem wtedy dzieckiem – nachyla się do mnie jakiś tubylec.

Podobieństwa fizycznego nie rozstrzygam, ale wiem, co łączy tych żołnierzy, to ta sama iskra w oczach, duma malującą się na twarzy i błyszczący orzełek na zielonym suknie munduru konstytuują ten unikatowy typ polskiego kawalerzysty. Żeby to zrozumieć, trzeba przypomnieć sobie pytanie zadane przez zaniepokojonego niemieckiego generała Otto poddającemu się wraz z SGO Polesie Kleebergowi, pytanie, które do dziś sławi etos polskiej jazdy:

- Czy kawaleria też kapituluje?

 

Ppor. rez. Bartłomiej Czech z synem Rochem