Kalinowy Dół. Październik. Noc. Ciemność otula cichą wioskę i tylko blada poświata księżyca wydobywa z mroku zarysy końskich grzyw i grzebieniasty kształt hełmów. Sielską ciszę przerywa z rzadka parsknięcie konia, miarowy stuk butów i chrzęst broni. Oto wioskową uliczką przesuwają się spieszeni kawalerzyści, prowadząc za uzdy konie. Wtem nagły terkot karabinów maszynowych przerywa ciszę, a ciemność rozświetlają czerwone flary. Dwaj żołnierze idący z przodu padają, konie kwiczą, stają dęba i tratując się nawzajem pędem zawracają.

Czy to wojna? Prawie - bo niezwykła rekonstrukcja po siedemdziesięciu trzech latach odtwarzająca wydarzenia z ostatniej walki Pułku 3-go Strzelców Konnych w dniu 6 października 1939 r. Nie, nie pomyliłem się: 6 października! Bo choć dnia poprzedniego gen. Franciszek Kleeberg skapitulował w Kocku, kończąc formalnie ostatnią bitwę wojny obronnej, przecież to nasz pułk, do którego nie dotarł rozkaz o poddaniu, stoczył w Kalinowym Dole swój ostatni bój, tym samym przedłużając kampanię wrześniową o jeden dzień.

Pomni wiekopomności tamtych wydarzeń do rekonstrukcji przystąpiliśmy niezwykle pieczołowicie. Chociaż nie obyło się od drobnych błędów (wtedy też je popełniano!) całość jako widowisko była bardzo realistyczna i tłumnie zgromadzonej miejscowej ludności podobała się ogromnie.

A nazajutrz nasz Pułk został patronem Gimnazjum w Woli Gułowskiej. Rada Gminy na uroczystej sesji przyjęła przedstawioną uchwałę, a wzruszony dyrektor Włodzimierz Wolski odebrał z rąk dowódcy pamiątkową szablę i okolicznościową laudację.

Na wspomniane uroczystości przyjechał z dalekiego Londynu nasz major - wróć! - teraz już w stopniu podpułkownika Zbigniew Makowiecki. Świerzy awans dziarskiego weterana jeszcze nie wbił się nam do głów, stąd co krok wynikały słowne lapsusy w rodzaju "Czołem panie majo…pułkowniku!",. No, ale przecież consuetudo est altera natura…

Mimo swych dziewięćdziesięciu pięciu lat, pan pułkownik, wyprostowany jak struna, oficer i gentleman par excellence, tak wzruszająco przedstawił ostatnie walki pułku i całej SGO Polesie, że wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Z tym większym zapałem przystąpiliśmy do pokazów umiejętności kawaleryjskich po oficjalnych uroczystościach, chcąc sprostać życzliwemu, ale przecież wymagającemu oku naszego kochanego pułkownika. I tu zaszczyt nie lada:

- Ależ jesteście znacznie lepiej wyszkoleni niż my przed wojną – skonstatował pan Zbigniew.

– I umiejętności lepsze a mundury… wszyscy wyglądacie jak oficerowie!

Dziękujemy panie majo…pułkowniku!

Te słowa to najwyższa pochwała, jaka może spotkać dwudziestopierwszowiecznego kawalerzystę, dla którego etos międzywojennej jazdy jest wyznacznikiem służby. Tym bardziej dumni jesteśmy, że nosząc na kołnierzykach szmaragdowo-amarantowe proporczyki z żółtą żyłką jak i nasi poprzednicy kłam zdajemy złośliwej żurawiejce:
Słabi w szabli, mocni z pyska
To są strzelcy z Wołkowyska!


Bartłomiej Czech, ppor. rez.