W dniu 11 listopada wzięliśmy udział w obchodach Święta Niepodległości organizowanych w Krakowie. Nasza wyprawa rozpoczęła się wczesnym rankiem. Pełni werwy i zapału ruszyliśmy w drogę. W Stanicy nad Rudawą zakwaterowaliśmy konie. Właściciele stajni Katarzyna i Jan Hrynczuk przyjęli nasze czworonogi pod swój dach. Tam mogliśmy spokojnie zająć się naszymi pupilami, przygotować je, a także siebie do uroczystości. Było by to zbyt piękne gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. Nerwowa atmosfera pojawiła się, gdy niespodziewanie nie stawił się na umówiony czas jeden z naszych strzelców. Drobne przygody które miał zakłóciły nasz stoicki spokój. Lecz jak to w naszej kompani wszystko jest do opanowania. Nasz dowódca Paweł Wieńć wziął sprawy w swoje ręce i pociągnął za wszystkie sznurki by opanować sytuację. Odetchnęliśmy więc z ulgą, gdy wszystko się udało i na horyzoncie pojawił się nasz kolega. Na bulwarach stawiliśmy się na czas z tym, że nasz przejazd przez Błonia był nieco przyspieszony. Po komendzie „Za mną marsz” ruszyliśmy na trasę przejazdu. Pojechaliśmy ulicą Grodzką, Rynkiem Głównym, Floriańską mijając po drodze tłumy ludzi. Wraz z innymi pułkami przedefilowaliśmy przed trybuną honorową na placu Grunwaldzkim i oczywiście przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

Dowódca krzyknął komendę: „Baczność! Na prawo patrz!” by oddać należyty hołd. Dalsza defilada przebiegła w harmonii i spokoju. No może troszkę zakłócali tę harmonię niesforni ludzie gromadzący się za zadami naszych koni w zasięgu ich kopyt, a na dodatek zachowując się zbyt głośno itp. Po powrocie na bulwary wiślane pod Zamkiem Królewskim, gdzie dojechaliśmy z wszystkimi szwadronami, udaliśmy się w miejsce zakwaterowania. Drogę powrotną pokonywaliśmy dumni i zrelaksowani, aż przed Błoniami zatrzymały nas światła. Jak przystało na uczestników ruchu drogowego czekaliśmy na zielone światło. Koniki czując, że wracamy stały się niesforne i troszkę nadpobudliwe, zwłaszcza koń naszego dowódcy po prostu rozpoczął taniec na drodze. Dowódca pokazał mistrzowski kunszt w poskromieniu jego zachowania, atakując szablą „dragonką” słup sygnalizacji świetlnej, dając tym samym przykład zachowania się w takich sytuacjach (słup ocalał, „dragonka” nie).
Dalszy przebieg naszej wyprawy przebiegł bez żadnych incydentów.
Ten wyjazd był dla mnie szczególnie ważny, gdyż przez wypadek losowy musiałem zastąpić jednego z kolegów, uczestnicząc w ten sposób po raz pierwszy w tak ważnej uroczystości w mundurze strzelca konnego.

strz. kon. Zbigniew Kozak