Ten wycinek żołnierskiego życia pragnę ocalić od zapomnienia
(treść i format artykułu zgodny z oryginałem)
motto:
Koniu mój koniu!
Rośliśmy z sobą lat parę tysięcy
Dziś od rozłąki nic nie uchroni
Szwadronów jazdy nie będzie już więcej
Oddział stó-ó-ó-j do zsiadania z koni!
/wyjątek z wiersza rtm. Leszka Rybickiego/.
…Wreszcie pociąg ruszył. Z prawej strony pozostał długi budynek stacyjny. Nad wejściem napis „Białystok”. Byliśmy już w drodze od kilku godzin. Za nami pozostał Wołkowysk, minęliśmy stację kolejową Grodno, obecnie Białystok.
- Dokąd zmierzamy? Jaka stacja docelowa?… te i inne pytania pozostawały bez odpowiedzi.
W wagonach transportu wojskowego na uwiązach nasze konie spokojnie żują siano. Środek wagonu towarowego wyłożony grubo słomą. Strzelcy konni pół leżąc obserwują i śledzą kierunek jazdy. Coraz szybciej i szybciej mijamy przydrożne słupy. Maszynista prowadzący pociąg nie oszczędza pary.
Stukot kół staje się monotonny- usypia.
Podczas tej niezwykłej podróży był czas na refleksje. W zadumie myśli nasze wracały do tego co pozostało za nami.
Spokojny Garnizon. Szereg koszarowych bloków z czerwonej cegły. Po ścianach bloków pięło się w górę „dzikie wino”. W pamięci pozostał budynek Dowództwa, długie baraki stajni, plac ćwiczeń woltyżerskich i duży plac alarmowy.
Jest wczesny ranek. Na placu alarmowym ustawiony szwadronami stoi 3 Pułk Strzelców Konnych im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego.
Strzelcy konni zamarli w bezruchu, nie słychać parskania koni. W porannym słońcu połyskują szable na rozkaz „prezentuj broń”.
Od strony budynku Dowództwa w asyście honorowej zbliża się kłusem poczet sztandarowy Pułku.
W porannym wietrze Sztandar dumnie powiewa!
Pułk po raz ostatni w tym składzie i w tym miejscu oddaje honory wojskowe swemu Sztandarowi! Ten obraz ostatniej zbiórki Pułku pozostał w naszych sercach i umysłach na zawsze.
A więc wojna! Nastał czas zdania egzaminu żołnierskiego, egzaminu zdawanego wielokrotnie w Pułku, na manewrach, ale jakże odmiennego dziś.
Nastał czas spełnienia złożonej Przysięgi na wierność Rzeczypospolitej!
Wtedy na placu alarmowym, w piękny słoneczny poranek 3 Pułk Strzelców konnych stał w pełnym składzie, dziś transport wojskowy wiezie nas w nieznane.
-Jakie będą nasze losy?
-Kto przeżyje? Ilu złoży swe życie w ofierze Ojczyźnie?
Te i inne myśli kołatały się w żołnierskiej głowie.
Kłęby dymu i pary ciężko pracującej lokomotywy unosiły się wysoko. Eszalon mknął ku przeznaczeniu.
W górze nad nami Matka Boska Kodeńska swym błękitnym płaszczem ochraniała swój Pułk przed samolotami wroga.
Wreszcie coraz wolniej pozostawały w tyle słupy telefoniczne. Zupełnie wolno stukają koła o rozjazdy kolejowe. Pociąg zostaje podstawiony pod wysoką boczną rampę kolejową.
Niema potrzeby podstawiania pomostów.
Zgrzyt otwieranych na całą szerokość drzwi wagonów.
-Uwaga! Szybko wyładować konie i do lasu!-
Padają rozkazy
-”Na koń”- i do lasu! Uwaga! Tu 3 szwadron! Szybciej!-
słychać głos szefa Tarnowskiego.
U góry wysoko słychać „granie” silników samolotu. Jest widno! Wróg obserwuje!
Galopem osiągamy niedaleki brzeg lasu!
Tam już bezpiecznie.
Wiążemy wodze do drzew. Znajdujemy się w wysokopiennym lesie. Przez drzewa widoczna jest mała stacja kolejowa- to jest – Czerwony Bór.
Po drugiej stronie torów wieża ciśnień.
Wyładowany szczęśliwie 3 Pułk spędza swą pierwszą wojenną noc w lesie. Legli strzelcy na murawie leśnej opierając głowy o siodła. Położyły się niektóre konie.
Świt. Budzi nas brzęczenie samolotowych silników, najpierw odległe, potem coraz bliższe. Są już nad nami!
Przeraźliwy świst i potężny wybuch niedaleko wieży ciśnień na stacji.
Zaniepokojone konie przysiadły na zadach. Szarpią wodze uwiązane do drzew. My również przeżywamy to, właściwie, pierwsze spotkanie z atakującym wrogiem i to z góry- bombami.
Jest pierwsza ofiara- strzelec konny Oliwa.
Twarze dowódców i strzelców tężeją- znika uśmiech.
- Sukinsyny! Bandyci! - padają niewyszukane epitety pod adresem tych w powietrzu -
Za chwilę jestem wezwany do dowódcy szwadronu rt. Gosiewieskiego. Melduję się.
-Proszę wziąć kilku naszych strzelców i dokonać rozpoznania wokół zakwaterowania Pułku – Mówi rtm. Gosiewski.
Tak jest panie rotmistrzu! Odpowiadam
Siodłamy konie i kłusem rozpoznajemy teren leśny i za lasem. Panuje spokój. Ruchu ludności nie widać. Osiedla są zbyt odległe Po rozpoznaniu wracamy. Składam meldunek rtm. Gosiewskiemu.
Dowiaduję się że niedaleko w lesie jest zestrzelony czy też uszkodzony samolot niemiecki. Idę zobaczyć.
W lesie wśród drzew leży „Messerschmitt”. Oglądam. Solidna budowa- w skrzydłach wmontowane karabiny maszynowe. Za siedzeniem lotnika płyta pancerna. Jako ubezpieczenie przed atakiem od tyłu.
Porównuje samoloty te nasze i ten wrogi.
Wracam zaniepokojony tym co ujrzałem – zbyt duża różnica na naszą niekorzyść.
Spożywamy posiłek i niedługo siodłanie koni. Jest piękne słoneczne południe – gorąco.
Ruszamy marszem podróżnym w kierunku północnym. Dokucza nam niesamowity kurz, unoszący się nad nami. Polna droga jest sucha pełna pyłu. Długo nie było deszczu.
Bezustannie posuwamy się do przodu kłusem i stępem. Są nieliczne krótkie odpoczynki.
Zapada noc. Od czasu do czasu prowadzimy konie „w wodzach” – idąc pieszo .
Potrzeba snu daje znać o sobie. W pewnym momencie idąc w szeregu widzę tuż przed oczami kopyto.
Tak nie zachowałem przepisowej odległości w marszu – mogło to się źle skończyć. Dalej już będę ostrożny!
Wreszcie zmęczeni, potwornie zakurzeni osiągamy wyznaczony cel. Mundury i twarze są tak zakurzone, że trudno rozpoznać kto jest kto? Odpoczywają strudzone konie – my doprowadzamy naszych przyjaciół i siebie do żołnierskiego wyglądu.
Po odpoczynku zajmujemy stanowiska bojowe obok szosy koło wsi Rabędy. Jest znów piękny, słoneczny dzień. Otrzymujemy informację, że na przedpolu nie ma już polskich oddziałów – można się spodziewać kolumny pancerne wroga.
Na razie jest cisza. Plutony 3 szwadronu na stanowiskach strzeleckich. Przed nami niewielki, rzadki lasek brzozowy. Idę tam – jest wrzesień, może będą grzyby?
Niestety nie znalazłem. Chcę wracać. Słyszę jednak warkot silników od strony, gdzie był spodziewany nieprzyjaciel. Padam pod drzewa i obserwuje. Widzę ruch pojazdów wyjeżdżających po szosie z lasu.
Nagle strzelcy z dołków strzeleckich otwierają ogień. Nad głową świst pocisków. Jazgot karabinu maszynowego. Od przodu również strzały. Wciskam głowę w teren. Głupio jest zginąć od kul kolegów. Wina była jednak moja. Po co poszedłem na przedpole?
Po chwili i gęstej wymianie strzałów słychać:
- przerwać ogień! Przerwać ogień!- Podają po linii -
Milkną strzały. Jestem wśród swoich! Zdyszany biegiem. No tak i to się zdarza na wojnie. Ostrzelaliśmy polski zmotoryzowany oddział wycofujący się znad granicy Prus wschodnich. Po obu stronach strat nie było!
Dotąd brak kontaktu z nieprzyjacielem. Późnym wieczorem ruszamy dalej. Kilka kilometrów pozostaje znów za nami. Konno zagłębiamy się w las – jest zupełnie ciemno. Rozkładamy się na nocleg. Odpoczynek krótki, znów świt – coraz widniej, słonecznie.
Rtm. Gosiewski wraca od D-cy Pułku.
Siodłamy konie i po krótkim marszu przez las zsiadamy z koni, wodze oddajemy koniowodnym, którzy prowadzą je głębiej w las za wzgórze
- 3 pluton zająć stanowiska na skraju lasu z ubezpieczeniem szosy i pierwszych zabudowań wsi Dzwonek – rozkazuje rtm. Gosiewski.
Dalej w lewo pluton 2 za nim 1 pluton 3 szwadronu przedłuża linię obrony miejscowości Grodzisk i Czerwin, obsadzonych przez 1-szy/Grodzisk/ i 2-gi /Czerwin? Szwadrony Pułku.
-Moje miejsce postoju przy 3 Plutonie -podaje rtm. Gosiewski.-
Jest widno i ciepło. Leżymy na zboczu góry. U dołu szosa i wieś Dzwonek. Obok na zboczu góry pierwsze chaty wsi.
Otrzymuje rozkaz zameldowania D-cy Pułku o zajęciu stanowisk bojowych i gotowości do walki.’
Siadam na konia i podążam kłusem przez las. Z boku pod dużym liściastym drzewem rozłożony jest koc, to szef szwadronu st. wach. Tarnewski tu spoczywał. Obecnie kończy golenie się.
-Czołem Panie Szefie! Głośno pozdrawiam.
-Czołem! A dokąd to Bóg prowadzi pan? - pyta
-Do D-cy Pułku z meldunkiem! - odpowiadam. Wskazuje mi kierunek jazdy. Podążam dalej.
Gdy wracałem na linię po złożeniu meldunku Szef składał już koc. Oddałem konia koniowodnemu i sam udałem się na skraj lasu.
Usiadłem obok rtm. Gosiewskiego Siedzieliśmy dość długo, za nami stała armatka ppanc. Obok na wzgórzu 100m.t od nas stanowisko karabinu maszynowego z możliwością ostrzału szosy i zbocza góry na której były nasze stanowiska.
Rtm. Gosiewski snuł wspomnienia z wojny 1920r.
- No! Jeżeli taka wojna będzie dalej, to można będzie wytrzymać – powiedział i odszedł w las.
Jest bardzo ciepłe. Południe. Otrzymujemy posiłek. Z dołu od strony szosy zbliża się wysoki szczupły mężczyzna. Po kilku minutach jest przy nas.
-Panowie! Mówi - we wsi są Niemcy!
Porywamy się na nogi. Wypytujemy się o szczegóły. Jest wśród nas st. wachm. Tarnowski. Tworzy się grupa ochotników do „wykurzenia”. Jako d-ca chce iść szef szwadronu Tarnowski.
Widząc z lasu jakieś zamieszanie zjawia się rtm Gosiewski. Wydaje rozkaz zatrzymania cywila do wyjaśnienia.
St. Wachm. Tarnowski prosi o pozwolenie udania się do wsi z kilku ochotnikami na rozpoznanie.
- Zgoda! Szefie niech pan idzie zrobić porządek – mówi.
Po pochyłości schodzi grupa pod dictom Szefa. Obraz ten do dnia dzisiejszego pozostał mi w pamięci. Dochodzą do szosy, przekraczają ją i nikną w opłotkach wsi. Długie, bardzo długie minuty ciszy – wtem słychać rzadkie pojedyncze strzały. Rzadkie „pukanie”
Moment denerwujący – coś się dzieje – ale co?…
-Panie poruczniku Tokarz! Proszę wziąć pluton i zrobić porządek we wsi –dość tej pukaniny – decyduje rtm. Gosiewski -
Por. Tokarz zarządza zbiórkę plutonu – po czym następuje wymarsz po zboczu w kierunku wsi.
Odeszli. Słychać warkot silników samochodowych. Szosą ze wsi Dzwonek wyjeżdżają samochody pancerne. Świetny cel dla działka p.panc. Trudno tylko ze wzgórza ocenić odległość.
Dowodzenie działkiem obejmie rtm. Gosiewski
-Celownik 400! Cel przed nami! Ognia…- za krótki.
-Celownik 600!… Ognia! Pocisk uderzył w pobliże szosy.
-Celownik 800!… Ognia! Jest! Wóz pancerny znieruchomiał na szosie.
-Celownik 800! Cel następny!… Ognia.
Trafiony! - drugi stoi w bezruchu.
-Celownik ten sam!… Pal! Trzeci samochód w międzyczasie zjeżdża na pobocze szosy i tam trafiony nieruchomieje.
Jesteśmy zaniepokojeni losem grupy st. wachm. Tarnowskiego i plutony por. Tokarza. Praktycznie są odcięci od sił głównych. Jeżeli nadejdą dalsze posiłki w samochodach pancernych – będą mieli odcięty powrót!… myślimy w punkcie dowodzenia.
Jednak we wsi wzmaga się ogień kbk. Słychać krótkie serie rkm-u. Z minuty na minutę groźniej to brzmi.
Rtm. Gosiewski do walki kieruje pluton pot. Makowieckiego – jako wsparcie dla 3 plutonu. Walka coraz bardziej zażarta – nasi nacierają ale i Niemcy nie chcą łatwo ustąpić. Walka trwa już godziny. Słabnie a potem się wzmaga.
Wreszcie na skraju wsi widać jakiś ruch – bieganina – nierozpoznane z tej odległości postacie.
Na wzgórzu dotąd milczy ckm. - mając wspaniałe pole ostrzału.
Nagle głośnie „Hura! Hura! - tak, to takie polskie to nasi nacierają na wroga.
Otrzymuje rozkaz dotarcia do stanowiska ckm-u i wyjaśnienia dlaczego nie otwiera ognia.
Biegnę szczytem wzgórza – widzę na dole dużą grupę /kompanię!?/ uciekających Niemców:
Za nimi nasi z okrzykiem „Hura” – „Hura”!
Docieram do stanowiska ckm-u. Na moje pytanie dlaczego nie strzelają. D-ca wachmistrz oświadcza spokojnie: Nie było rozkazu! Kipię! Jestem przy ckaemie – teraz za późno – ogień będzie raził naszych, goniących zaciekle wroga. A przed tym – wroga kompania byłaby zlikwidowana.
Strzały się oddalają, cichną – wróg jest wyparty ze wsi. Jest późne popołudnie. W oddali widać białe rakiety strzelające gęsto w górę.
To wróg daje znać o sobie – idą widocznie posiłki.
Tymczasem od szosy pod górkę w naszym kierunku wracają strzelcy. Nieludzko zmęczeni. W oczach jednak ogień niewygasłej wściekłości.
Z dala widzę por. Tokarza. Zakurzony – zmęczony dociera do rtm. Gosiewskiego – podaje pistolet „Vis” – to mówi, po wachm. Tarnowskim – poległ……
Rtm. Gosiewski mieni się na twarzy. Coś nam ściska za gardło!A więc nie zobaczymy już Szefa – wspaniałego wychowawcę młodej kadry, był jej przyjacielem ale i
wymagającym przełożonym.
Poległ – oddał swe cenne życie za Ojczyznę!
Nie powrócili też dzielni kaprale:
Bartosik Jan, Chechłowski, Sęp Lucjan oraz starsi strzelcy konni – Słowik i Dusza.
Pozostali w miejscu gdzie polegli.
Cześć ich pamięci!
Zapada zmrok – coraz bliżej nas strzelają w górę białe rakiety. Obserwując je widzimy jak wróg zbliża nie do nas. Wreszcie znów odzywa się broń maszynowa wroga. Strzelają pociskami zapalającymi – podpalają zabudowania dworu w pobliżu nas, na zboczu góry.
Szybko kopiemy dołki strzeleckie – odpowiednio przywitamy to natarcie.
Jest zupełnie ciemno – oświetla trochę blask dopalających się domostw.
Rakiety strzelają coraz bliżej – otaczają nas półkolem – słychać gardłowe niemieckie rozkazy.
Leże na skraju lasu w dołku strzeleckim obok ogromnego głazu .
Słychać wreszcie rozkaz rtm. Gosiewkiego
- Wycofać się do koniowodnych – po cichu! -
Wycofujemy się spokojnie. Osiągamy konie nasze i dalej już konno, odskok w las.
Taki był dzień 8 września 1939 r. - dzień
pierwszej walki z najeźdźca – walki zwycięskiej i krwawej.
Antoni Ławrynowicz.
____________________
Uwagi moje:
Opisałem to co po 45 latach pozostało w pamięci, Być może opisałem nie wszystko – i na pewno tak.
Prawdopodobnie dnie te koledzy pamiętają inaczej, ale każdy z nas obserwował wydarzenia z innego miejsca – i dlatego może inaczej je widział.
Ale jeżeli opisane wydarzenia zostaną potwierdzone cieszyć się będę, że pamięć nie zawiodła.
A.Ł.

