Szwadron Toporzysko

w barwach Pułku 3 Strzelców Konnych im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego

Stowarzyszenie Kawaleria - Organizacja Pożytku Publicznego - nr KRS: 0000350813

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6

Pułk 3 Strzelców Konnych

Historia Pułku 3 Strzelców Konnych Read More

Nabór

Zapraszamy w nasze szeregi Read More
  • 1

Ten wycinek żołnierskiego życia pragnę ocalić  od zapomnienia

(treść i format artykułu zgodny z oryginałem)

 

 

                  motto:

                  Koniu mój koniu!

                  Rośliśmy z sobą lat parę tysięcy

                  Dziś od rozłąki nic nie uchroni

                  Szwadronów jazdy nie będzie już więcej

                  Oddział stó-ó-ó-j do zsiadania z koni!

               

                     /wyjątek z wiersza rtm.                          Leszka Rybickiego/.      

 

 

 

     …Wreszcie pociąg ruszył. Z prawej strony pozostał długi budynek stacyjny. Nad wejściem napis „Białystok”. Byliśmy już w drodze od kilku godzin. Za nami pozostał Wołkowysk, minęliśmy stację kolejową Grodno, obecnie Białystok.

 - Dokąd zmierzamy? Jaka stacja docelowa?… te i inne pytania pozostawały bez odpowiedzi.

      W wagonach transportu wojskowego na uwiązach nasze konie spokojnie żują siano. Środek wagonu towarowego wyłożony grubo słomą. Strzelcy konni pół leżąc obserwują i śledzą kierunek jazdy. Coraz szybciej i szybciej mijamy przydrożne słupy. Maszynista prowadzący pociąg nie oszczędza pary.

      Stukot kół staje się monotonny- usypia.

     Podczas tej niezwykłej podróży był czas na refleksje. W zadumie myśli nasze wracały do tego co pozostało za nami.

Spokojny Garnizon. Szereg koszarowych bloków z czerwonej cegły. Po ścianach bloków pięło się w górę „dzikie wino”. W pamięci pozostał budynek Dowództwa, długie baraki stajni, plac ćwiczeń woltyżerskich i duży plac alarmowy.

      Jest wczesny ranek. Na placu alarmowym ustawiony szwadronami stoi 3 Pułk Strzelców Konnych im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego.

     Strzelcy konni zamarli w bezruchu, nie słychać parskania koni. W porannym słońcu połyskują szable na rozkaz „prezentuj broń”.

      Od strony budynku Dowództwa  w asyście honorowej zbliża się kłusem poczet sztandarowy Pułku.

     W porannym wietrze Sztandar dumnie powiewa!

     Pułk po raz ostatni w tym składzie i w tym miejscu oddaje honory wojskowe swemu Sztandarowi! Ten obraz ostatniej zbiórki Pułku pozostał w naszych sercach i umysłach na zawsze.

      A więc wojna! Nastał czas zdania egzaminu żołnierskiego, egzaminu zdawanego wielokrotnie w Pułku, na manewrach, ale jakże odmiennego dziś.

      Nastał czas spełnienia złożonej Przysięgi na wierność Rzeczypospolitej!

      Wtedy na placu alarmowym, w piękny słoneczny poranek 3 Pułk Strzelców konnych stał w pełnym składzie, dziś transport wojskowy wiezie nas w nieznane.

      -Jakie będą nasze losy?

     -Kto przeżyje? Ilu złoży swe życie w ofierze Ojczyźnie?

 

     Te i inne myśli kołatały się w żołnierskiej głowie.

     Kłęby dymu i pary ciężko pracującej lokomotywy unosiły się wysoko. Eszalon mknął ku przeznaczeniu.

      W górze nad nami Matka Boska Kodeńska swym błękitnym płaszczem ochraniała swój Pułk przed samolotami wroga.

      Wreszcie coraz wolniej pozostawały w tyle słupy telefoniczne. Zupełnie wolno stukają koła o rozjazdy kolejowe. Pociąg zostaje podstawiony pod wysoką boczną rampę kolejową.

      Niema potrzeby podstawiania pomostów.

     Zgrzyt otwieranych na całą szerokość drzwi wagonów.

      -Uwaga! Szybko wyładować konie i do lasu!-

     Padają rozkazy

      -”Na koń”- i do lasu! Uwaga! Tu 3 szwadron! Szybciej!-

     słychać głos szefa Tarnowskiego.

     U góry wysoko słychać „granie” silników samolotu. Jest      widno! Wróg obserwuje!

     Galopem osiągamy niedaleki brzeg lasu!

     Tam już bezpiecznie.

     Wiążemy wodze do drzew. Znajdujemy się w wysokopiennym lesie. Przez drzewa widoczna jest mała stacja kolejowa- to jest – Czerwony Bór.

     Po drugiej stronie torów wieża ciśnień.

     Wyładowany szczęśliwie 3 Pułk spędza swą pierwszą wojenną noc w lesie. Legli strzelcy na murawie leśnej opierając głowy o siodła. Położyły się niektóre konie.

     Świt. Budzi nas brzęczenie samolotowych silników, najpierw odległe, potem coraz bliższe.  Są już nad nami!

     Przeraźliwy świst i potężny wybuch niedaleko wieży ciśnień na stacji.

     Zaniepokojone konie przysiadły na zadach. Szarpią wodze uwiązane do drzew. My również przeżywamy to, właściwie,  pierwsze spotkanie z atakującym wrogiem i to z góry- bombami.

     Jest pierwsza ofiara- strzelec konny Oliwa.

     Twarze dowódców i strzelców tężeją- znika uśmiech.

 - Sukinsyny! Bandyci! - padają niewyszukane epitety pod adresem tych w powietrzu -

      Za chwilę jestem wezwany do dowódcy szwadronu rt. Gosiewieskiego. Melduję się.

     -Proszę wziąć kilku naszych strzelców i dokonać rozpoznania wokół zakwaterowania Pułku – Mówi rtm. Gosiewski.

     Tak jest panie rotmistrzu! Odpowiadam

      Siodłamy konie i kłusem rozpoznajemy teren leśny i za lasem. Panuje spokój. Ruchu ludności nie widać. Osiedla są zbyt odległe Po rozpoznaniu wracamy. Składam meldunek rtm. Gosiewskiemu.

     Dowiaduję się że niedaleko w lesie jest zestrzelony czy też uszkodzony samolot niemiecki. Idę zobaczyć.

     W lesie wśród drzew leży „Messerschmitt”. Oglądam. Solidna budowa- w skrzydłach wmontowane karabiny maszynowe. Za siedzeniem lotnika płyta pancerna. Jako ubezpieczenie przed atakiem od tyłu.

     Porównuje samoloty te nasze i ten wrogi.

     Wracam zaniepokojony tym co ujrzałem – zbyt duża różnica na naszą niekorzyść.

     Spożywamy posiłek i niedługo siodłanie koni. Jest piękne słoneczne południe – gorąco.

     Ruszamy marszem podróżnym w kierunku północnym. Dokucza nam niesamowity kurz, unoszący się nad nami. Polna droga jest sucha pełna pyłu. Długo nie było deszczu.

     Bezustannie posuwamy się do przodu kłusem i stępem. Są nieliczne krótkie odpoczynki.

     Zapada noc. Od czasu do czasu prowadzimy konie „w wodzach” – idąc pieszo .

     Potrzeba snu daje znać o sobie. W pewnym momencie idąc w szeregu widzę tuż przed oczami kopyto.

     Tak nie zachowałem przepisowej odległości w marszu – mogło to się źle skończyć. Dalej już będę ostrożny!

     Wreszcie zmęczeni, potwornie zakurzeni osiągamy wyznaczony cel. Mundury i twarze są tak zakurzone, że trudno rozpoznać kto jest kto? Odpoczywają strudzone konie – my doprowadzamy naszych przyjaciół i siebie do żołnierskiego wyglądu.

     Po odpoczynku zajmujemy stanowiska bojowe obok szosy koło wsi Rabędy. Jest znów piękny, słoneczny dzień. Otrzymujemy informację, że na przedpolu nie ma już polskich oddziałów – można się spodziewać kolumny pancerne wroga.

      Na razie jest cisza. Plutony 3 szwadronu na stanowiskach strzeleckich. Przed nami niewielki, rzadki lasek brzozowy. Idę tam – jest wrzesień, może będą grzyby?

      Niestety nie znalazłem. Chcę wracać. Słyszę jednak warkot silników od strony, gdzie był spodziewany nieprzyjaciel. Padam pod drzewa i obserwuje. Widzę ruch pojazdów wyjeżdżających po szosie z lasu.

     Nagle strzelcy z dołków strzeleckich otwierają ogień. Nad głową świst pocisków. Jazgot karabinu maszynowego. Od przodu również strzały. Wciskam głowę w teren. Głupio jest zginąć od kul kolegów. Wina była jednak moja. Po co poszedłem na przedpole?

     Po chwili i gęstej wymianie strzałów słychać:

- przerwać ogień! Przerwać ogień!- Podają po linii -

     Milkną strzały. Jestem wśród swoich! Zdyszany biegiem. No tak i to się zdarza na wojnie. Ostrzelaliśmy polski zmotoryzowany oddział wycofujący się znad granicy Prus wschodnich. Po obu stronach strat nie było!

     Dotąd brak kontaktu z nieprzyjacielem. Późnym wieczorem ruszamy dalej. Kilka kilometrów pozostaje znów za nami. Konno zagłębiamy się w las – jest zupełnie ciemno. Rozkładamy się na nocleg. Odpoczynek krótki, znów świt – coraz widniej, słonecznie.

     Rtm. Gosiewski wraca od D-cy Pułku.

     Siodłamy konie i po krótkim marszu przez las zsiadamy z koni, wodze oddajemy koniowodnym, którzy prowadzą je głębiej w las za wzgórze

- 3 pluton zająć stanowiska na skraju lasu z ubezpieczeniem szosy i pierwszych zabudowań wsi Dzwonek – rozkazuje rtm. Gosiewski.

     Dalej w lewo pluton 2 za nim 1 pluton 3 szwadronu przedłuża linię obrony miejscowości Grodzisk i Czerwin, obsadzonych przez 1-szy/Grodzisk/ i 2-gi /Czerwin? Szwadrony Pułku.

     -Moje miejsce postoju przy 3 Plutonie -podaje rtm. Gosiewski.-

 Jest widno i ciepło. Leżymy na zboczu góry. U dołu szosa i wieś Dzwonek. Obok na zboczu góry pierwsze chaty wsi.

      Otrzymuje rozkaz zameldowania D-cy Pułku o zajęciu stanowisk bojowych i gotowości do walki.’

     Siadam na konia i podążam kłusem przez las. Z boku pod dużym liściastym drzewem rozłożony jest koc, to szef szwadronu st. wach. Tarnewski tu spoczywał. Obecnie kończy golenie się.

     -Czołem Panie Szefie! Głośno pozdrawiam.

     -Czołem! A dokąd to Bóg prowadzi pan? - pyta

     -Do D-cy Pułku z meldunkiem! - odpowiadam. Wskazuje mi kierunek jazdy. Podążam dalej.

     Gdy wracałem na linię po złożeniu meldunku Szef składał już koc. Oddałem konia koniowodnemu i sam udałem się na skraj lasu.

      Usiadłem obok rtm. Gosiewskiego Siedzieliśmy dość długo, za nami stała armatka ppanc. Obok na wzgórzu 100m.t od nas stanowisko karabinu maszynowego z możliwością ostrzału szosy i zbocza góry na której były nasze stanowiska.

     Rtm. Gosiewski snuł wspomnienia z wojny 1920r.

- No! Jeżeli taka wojna będzie dalej, to można będzie wytrzymać – powiedział i odszedł w las.

     Jest bardzo ciepłe. Południe. Otrzymujemy posiłek. Z dołu od strony szosy zbliża się wysoki szczupły mężczyzna. Po kilku minutach jest przy nas.

     -Panowie! Mówi -  we wsi są Niemcy!

     Porywamy się na nogi. Wypytujemy się o szczegóły. Jest wśród nas st. wachm. Tarnowski. Tworzy się grupa ochotników do „wykurzenia”. Jako d-ca chce iść szef szwadronu Tarnowski.

     Widząc z lasu jakieś zamieszanie zjawia się rtm Gosiewski. Wydaje rozkaz zatrzymania cywila do wyjaśnienia.

     St. Wachm. Tarnowski prosi o pozwolenie udania się do wsi z kilku ochotnikami na rozpoznanie.

- Zgoda! Szefie niech pan idzie zrobić porządek – mówi.

     Po pochyłości schodzi grupa pod dictom Szefa. Obraz ten do dnia dzisiejszego pozostał mi w pamięci. Dochodzą do szosy, przekraczają ją i nikną w opłotkach wsi. Długie, bardzo długie minuty ciszy – wtem słychać rzadkie pojedyncze strzały. Rzadkie „pukanie”

     Moment denerwujący – coś się dzieje – ale co?…

     -Panie poruczniku Tokarz! Proszę wziąć pluton i zrobić porządek we wsi –dość tej pukaniny – decyduje rtm. Gosiewski -

      Por. Tokarz zarządza zbiórkę plutonu – po czym następuje wymarsz po zboczu w kierunku wsi.

     Odeszli. Słychać warkot silników samochodowych. Szosą ze wsi Dzwonek wyjeżdżają samochody pancerne. Świetny cel dla działka p.panc. Trudno tylko ze wzgórza ocenić odległość.

     Dowodzenie działkiem obejmie rtm. Gosiewski

     -Celownik 400! Cel przed nami! Ognia…- za krótki.

     -Celownik 600!… Ognia! Pocisk uderzył w pobliże szosy.

     -Celownik 800!… Ognia! Jest! Wóz pancerny znieruchomiał na szosie.

     -Celownik 800! Cel następny!… Ognia.

     Trafiony! - drugi stoi w bezruchu.

     -Celownik ten sam!… Pal! Trzeci samochód w      międzyczasie zjeżdża na pobocze szosy i tam trafiony    nieruchomieje.

     Jesteśmy zaniepokojeni losem grupy st. wachm. Tarnowskiego i plutony por. Tokarza. Praktycznie są odcięci od sił głównych. Jeżeli nadejdą dalsze posiłki w samochodach pancernych – będą mieli odcięty powrót!… myślimy w punkcie dowodzenia.

     Jednak we wsi wzmaga się ogień kbk. Słychać krótkie serie rkm-u. Z minuty na minutę groźniej to brzmi.

     Rtm. Gosiewski do walki kieruje pluton pot. Makowieckiego – jako wsparcie dla 3 plutonu. Walka coraz bardziej zażarta – nasi nacierają ale i Niemcy nie chcą łatwo ustąpić. Walka trwa już godziny. Słabnie a potem się wzmaga.

     Wreszcie na skraju wsi widać jakiś ruch – bieganina – nierozpoznane z tej odległości postacie.

     Na wzgórzu dotąd milczy ckm. - mając wspaniałe pole ostrzału.

     Nagle głośnie „Hura! Hura! - tak, to takie polskie to nasi nacierają na wroga.

     Otrzymuje rozkaz dotarcia do stanowiska ckm-u i wyjaśnienia dlaczego nie otwiera ognia.

     Biegnę szczytem wzgórza – widzę na dole dużą grupę /kompanię!?/ uciekających Niemców:

     Za nimi nasi z okrzykiem „Hura” – „Hura”!

     Docieram do stanowiska ckm-u. Na moje pytanie dlaczego nie strzelają. D-ca wachmistrz oświadcza spokojnie: Nie było rozkazu! Kipię! Jestem przy ckaemie – teraz za późno – ogień będzie raził naszych, goniących zaciekle wroga. A przed tym – wroga kompania byłaby zlikwidowana.

     Strzały się oddalają, cichną – wróg jest wyparty ze wsi. Jest późne popołudnie. W oddali widać białe rakiety strzelające gęsto w górę.

     To wróg daje znać o sobie – idą widocznie posiłki.

     Tymczasem od szosy pod górkę w naszym kierunku wracają strzelcy. Nieludzko zmęczeni. W oczach jednak ogień niewygasłej wściekłości.

     Z dala widzę por. Tokarza. Zakurzony – zmęczony dociera do rtm. Gosiewskiego – podaje pistolet „Vis” – to mówi, po wachm. Tarnowskim – poległ……

     Rtm. Gosiewski mieni się na twarzy. Coś nam ściska za      gardło!A więc nie zobaczymy już Szefa – wspaniałego      wychowawcę młodej kadry, był jej przyjacielem ale i

     wymagającym przełożonym.

     Poległ – oddał swe cenne życie za Ojczyznę!

     Nie powrócili też dzielni kaprale:

                Bartosik Jan, Chechłowski, Sęp Lucjan oraz starsi strzelcy konni – Słowik i Dusza.

     Pozostali w miejscu gdzie polegli.

                 Cześć ich pamięci!

 

    Zapada zmrok – coraz bliżej nas strzelają w górę białe rakiety. Obserwując je widzimy jak wróg zbliża nie do nas. Wreszcie znów odzywa się broń maszynowa wroga. Strzelają pociskami zapalającymi – podpalają zabudowania dworu w pobliżu nas, na zboczu góry.

     Szybko kopiemy dołki strzeleckie – odpowiednio przywitamy to natarcie.

     Jest zupełnie ciemno – oświetla trochę blask dopalających się domostw.

     Rakiety strzelają coraz bliżej – otaczają nas półkolem – słychać gardłowe niemieckie rozkazy.

     Leże na skraju lasu w dołku strzeleckim obok ogromnego głazu .

     Słychać wreszcie rozkaz rtm. Gosiewkiego

     - Wycofać się do koniowodnych – po cichu! -

      Wycofujemy się spokojnie. Osiągamy konie nasze i dalej już konno, odskok w las.

      Taki był dzień 8 września 1939 r. - dzień

pierwszej walki z najeźdźca – walki zwycięskiej i krwawej.

  

                           Antoni Ławrynowicz.

 ____________________

 

Uwagi moje:

 

Opisałem to co po 45 latach pozostało w pamięci, Być może opisałem nie wszystko – i na pewno tak.

Prawdopodobnie dnie te koledzy pamiętają inaczej, ale każdy z nas obserwował wydarzenia z innego miejsca – i dlatego może inaczej je widział.

Ale jeżeli opisane wydarzenia zostaną potwierdzone cieszyć się będę, że pamięć nie zawiodła.

 

                A.Ł.

 

Wspierają nas